Jak kąsać z wdziękiem

Jacek Fedorowicz, “W zasadzie tak”, Wielka Litera 2017

Redaktor Fedorowicz to wzór opanowania i dobrych manier – zna tę prawdę każdy, kto choć raz widział go lub słyszał (a niewielu znajdzie się takich, którzy nie widzieli i nie słyszeli). Wrodzona kindersztuba i idąca za nią skłonność do oficjalności w międzyludzkich kontaktach sprawiały, że w swej twórczości satyrycznej nierzadko sięgał po wcielenia osób „na stanowisku” – wystarczy wspomnieć niezapomnianego Kolegę Kierownika i prowadzącego „Dziennik Telewizyjny”. Nimb przypisanej stanowisku (i perfekcyjnie utrzymywanej) powagi wykorzystywał, by z bezwzględnym wyczuciem ironii, obnażać przywary bliźnich i paradoksy epok. Nie inaczej rzecz ma się z wznowioną po 40 latach książeczką „W zasadzie tak”, zbiorem felietonów emitowanych w ramach audycji „60 minut na godzinę”, w której redaktor Fredorowicz wcielał się w rolę doradcy zaprawionego w bojach z codziennością.

„Poradnia zdrowia psychicznego”, bo taki tytuł nosił felietonistyczny cykl nie traktował bynajmniej o schizofrenii, depresji, ani zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych – jego cel był skromniejszy, a chodziło o to, by zachować dobre samopoczucie i spokój w życiu codziennym. Cel ten, jak pisze redaktor Fedorowicz, przybierając sprytnie maskę potakiwacza, osiągamy nie przez krytykę (i idące za nią skargi, utyskiwania i rozstrój nerwowy), ale poznanie istoty zjawiska i adekwatne do tego zachowanie.

Przykład? Zaczerpnijmy go z rozdziału zatytułowanego „Jak rozmawiać z władzą”. Załóżmy, że przeszliśmy przez jezdnię w niedozwolonym miejscu i zostaliśmy złapani przez funkcjonariusza. W takim wypadku nie wolno się tłumaczyć, szukać obiektywnych wymówek („jeszcze było zielone”), bo to, jak zaznacza autor, „najkrótsza droga do mandatu karnego, wniosku do kolegium, awantury, nie mówiąc już o monstrualnej stracie czasu”; należy powiedzieć po prostu: „Tak jest! Przeszedłem przez jezdnię nieprawidłowo! Ma pan rację! Bardzo pana przepraszam! Taka oferma ze mnie…”, po czym, wykorzystując, że rozmówca zaniemówił z wrażenia, dodajemy „głosem drżącym i pełnym strachu”: „I co teraz będzie?!…” – będzie pouczenie i koniec sprawy, jak zapewnia redaktor Fedorowicz, po czym następuje szczegółowa analiza kolejnych technik zastosowanych w rozmowie.

Załatwienie reklamacji od ręki nasunęłoby nawet nie przypuszczenie, ale pewność, że ekspedient wspólnie z klientem sprzedali parę butów na lewo pod pozorem reklamacji.

W ten sam sposób autor opowiada o rozmaitych sytuacjach z życia codziennego obywatela PRL-u, których ten doświadczał w restauracjach i hotelach, wagonach sypialnych, pracy, na drodze, przed telewizorem, w sklepie, taksówce, w starciu z urzędem; tomik uzupełniają przekorny poradnik abstynenta i propozycja wprowadzenia do szkół lekcji wychowania administracyjnego

Bo pierwszą zasadą rozmowy z władzą – proszę zapamiętać to na całe życie – jest to, że  w ł a d z a  m a  z a w s z e  r a c j ę. I zaraz muszę dodać: nie wystarczy wiedzieć, że władza ma rację. Trzeba tę wiedzę wyraźnie zamanifestować, aby władza wiedziała, że my wiemy.

Niektóre PRL-owskie realia (dodające książce waloru źródła historycznego), będą pewnie dla tych, którzy ich nie znają dość egzotyczne (społeczni kontrolerzy ruchu drogowego, fakt, że dobrej kawy z ekspresu można się było napić w lokalach, które można było policzyć na palcach jednej ręki, a restauracja była „ostatnim miejscem, jaki autor poleciłby dla zaspokojenia głodu”), a ukryty między wierszami zabawnych felietonów ponury obraz urzędniczej wszechwładzy, administracyjnego bałaganu i państwa policyjnego, nie do końca czytelny.

Ale książeczka redaktora Fedorowicza to dowód, że dobra satyra musi, oprócz tego że piętnuje rozmaite doraźne absurdy, „z przywar, nie z osób się natrząsać”. Tylko wtedy ma szansę wyrwać się z łap doraźności i przetrwać. A „W zasadzie tak” dobrze zniosło próbę czasu, jako opis rozmaitych defektów ludzkiej natury.

Ci kelnerzy, których nie należy drażnić (a najlepiej wstać, kiedy się z nimi rozmawia), urzędnicy „którzy mogą załatwić sprawę, ale nie muszą”, czołobitni klienci, pracownicy kombinujący jak „się nie narobić” w głównej pracy i zarobić porządnie po godzinach, cały prawie rozdział o eksploatacji samochodu,… To wszystko, niestety, pozostaje w zasadzie takie samo, zupełnie od systemu politycznego niezależne.

W gruncie rzeczy nie jest ważne, jakie przepisy aktualnie obowiązują, tylko do jakich stosuje się właśnie dany urzędnik.

Wspomniana kindersztuba, lekkość pióra, ucho na codzienną polszczyznę i wielopiętrowa ironia – wszystko to tworzy wartość dodaną w postaci wdzięku, o który trudno we współczesnym kabarecie, a który sprawia że czytelnicy redaktora Fedorowicza mają poczucie, że oto biorą udział w społecznej grze, w której wierzy się w ich inteligencję i nieustannie puszcza do nich oko, a i kąsani przyjmują prztyczki w nos wyrozumialej, wiedząc, że docina się im z galanterią.

PS. Wydawca, słusznie, dziwi się, że książka wyszła oficjalnie, za państwowe pieniądze w 1975 roku. Jeszcze dziwniejsze jest, że kilka lat później  miała (również oficjalną) kontynuację („W zasadzie ciąg dalszy”). Aha! Książeczka to również popis Fedorowicza-rysownika.

O AUTORZE:

Jacek Fedorowicz – aktor, satyryk, dziennikarz, rysownik; zakładał “Bim-bom” grał m. in. u Barei (“Nie ma róży bez ognia”), występował m. in. w legendarnej radiowej audycji “60 minut na godzinę”, tworzył (w drugim, a później, po 1989 roku, pierwszym obiegu “Dziennik telewizyjny”)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *