To, co zabija i to, co wzmacnia

Elizabeth Strout, „To, co możliwe”, Wielka Litera 2017

Powieść laureatki Pulitzera to opis kolejnej odsłony walki dobra ze złem, które występują tu często pod postacią charakteru i szyderstwa. To też książka o ogromnej sile więzi międzyludzkich, która wydaje się mocniejsza niż religia.

W powieści Strout ludzie nie reagują w prosty i przewidywalny sposób na to co ich spotyka. Czasem przybiera to formę skrajną, jak np. w wypadku kobiet (opisanych przez jednego z bohaterów) oprowadzanych po obozie koncentracyjnym tuż po wyzwoleniu, z których część nie płakała, ale „zadzierała głowy wysoko, jakby chciały pokazać, że nikomu nie uda się wzbudzić w nich złego samopoczucia”. W większości wypadków jednak Strout eksploruje teren pomiędzy skrajnościami. I jak zazwyczaj materiału do swych wzruszających (nie czułostkowych) historii szuka w losach grupy ludzi mniej lub bardziej ze sobą związanych w jakimś zapomnianym zakątku Ameryki.

Poczciwy woźny szkolny Tommy np., stracił cały dobytek w pożarze i niczym biblijny Hiob odebrał ogromną stratę jako boskie objawienie. Uważa on, że walka dobra ze złem jest nie do pojęcia dla przeciętnego człowieka. Przykładem tego przekonania mogą być weterani wojenni, którzy doświadczyli zespołu stresu pourazowego nie będąc tego oczywiście świadomym i zatracili tym samym zdolność intuicyjnego wyczuwania jak postępować. Zgodnie jednak z prostym pojmowaniem świata przez Tommy’ego, „zdolność do odczuwania żalu, z powodu krzywdy wyrządzonej innym sprawia, że pozostajemy ludźmi” – to dzięki niej bohater wyjawi w końcu swój sekret, by ulżyć, nie całkiem niewinnemu, bliźniemu.

W rozmowach między bohaterami często przywoływana jest Lucy Barton (bohaterka innej z książek Strout), biedna dziewczynka, która została sławną pisarką i w ten sposób przezwyciężyła wstydliwą traumę. Choć nie wiadomo konkretnie co zawierają jej wydane właśnie wspomnienia, sąsiedzi i znajomi miejscowych, litujący się wcześniej nad nieszczęśliwym dzieciństwem Lucy, czują się dzięki nim pokrzepieni, zrozumiani i mniej samotni. Ale Lucy Burton ujawnia drugą stronę medalu – „pisała we wspomnieniach, że ludzie zawsze dążą do tego by czuć wobec kogoś wyższość” – przypomina jeden z komentatorów jej książki. Pragnienie wyższości zrywa empatyczne więzi, uniemożliwia porozumienie, rodzi samotność i niweczy szansę na ulgę i odkupienie, które niesie międzyludzka solidarność. Ta niszcząca siła często przybiera w powieści Strout postać szyderstwa.

Musi się z nim np. zmierzyć, pochodząca z nizin społecznych właścicielka pensjonatu, która najpierw wysłuchuje historii jednej z goszczących u niej kobiet, a później, po tym jak ta sama kobieta drwi z niej w rozmowie ze swoim mężem, robi obydwojgu wyrzuty: „Ja nie jestem prostytutką” – mówi, zrozumiawszy, że została wykorzystana.

Autorka wchodzi głęboko w emocje swoich postaci, a jednocześnie potrafi utrzymać wobec nich dystans, pisząc językiem prostym, często poetyckim. W swoim zbiorze przypowieści zwraca uwagę na potrzebę bycia zrozumianym, jako jedyną drogę do przezwyciężenia samotności (tu delikatna, raczej aluzyjna, krytyka kościoła jako instytucji, która zatraciła umiejętność jej ukojenia) i nieświadome dążenie do zachowania równowagi duchowej pomiędzy tym co okazujemy na zewnątrz i tym co chcemy ukryć. Gdzieś w tej walce, między dobrem i złem, tym co wolno i czego nie wolno Strout przypomina pytanie elementarne, czy człowiek rodzi się silny, czy słaby. A odpowiedź pozostawia czytelnikom.

 

O AUTORCE:

Elizabeth Strout – amerykańska pisarka, laureatka Nagrody Pulitzera, autorka m.in. Olive Kitteridge, Mam na imię Lucy, Braci Burgess (nasza recenzja)