“Ludzie przeciw technologii. Jak Internet zabija demokrację (i jak możmy ją ocalić)”, Jamie Bartlett – recenzja

Ludzie przeciw technologii. Jak Internet zabija demokrację, J. Bartlett - recenzja

Zaklikana demokracja, czyli proroctwa Kasandry epoki cyfrowej

Ta książka Was przerazi. Oczywiście jeśli odłożycie smartfony i zdecydujecie się ją przeczytać 😉 W tomiku „Ludzie przeciw technologii” Jamie Bartlett wieszczy, że „w najbliższych latach albo technologia zniszczy znane nam formy demokracji i ładu społecznego, albo też władze polityczne okiełznają cyfrowy świat”. Jest źle, ale nie za późno, żeby coś zrobić.

Pozycja z jakiej Bartlett przygląda się zagrożeniom dla demokracji ze strony cyfrowego imperium jest ciekawa. To człowiek, który żyje z pisania i myślenia o nowych mediach, zna temat, ma dojścia do ważnych postaci tego światka. Dzięki temu może być sceptyczny, ale nie uprzedzony, punktować niebezpieczeństwa, a jednocześnie dostrzegać szanse.

A że dysponuje świetnym piórem i talentem popularyzatorskim jego książka – miks reportażu, eseju i felietonu – wciąga i sprawia, że z każdym rozdziałem otwieramy szerzej oczy ze zdziwienia, a włosy podnoszą się nam na karku.

Niepokoi już sam fakt, że technologiczna rewolucja odbywa się w przestrzeni słabo kontrolowanej przez państwo. Wielkie technokorporacje są prywatnymi firmami, które swoje złote kury w postaci algorytmów trzymają pod kluczem i nie dopuszczają do nich nikogo. Co gorsza, większość szefów cyfrowych potęg jest produktem czegoś, na co ukuto nazwę „ideologia kalifornijska”.

Zrodzona oczywiście w Dolnie Krzemowej daje swym wyznawcom ułudę, że da się połączyć hipisowskie marzenia o „emancypacyjnej sile technologii” z wiarą w wolny rynek właściwą raczej yuppies. Co oczywiście kończy się jednoczesnym tworzeniem manifestów o cyfrowej globalnej wspólnocie i budowaniem monopoli rynkowych i gett dla bogaczy.

Bartlett w kolejnych rozdziałach analizuje w jaki sposób stworzony na takiej podstawie gigantyczny biznes podkopuje sześć podstawowych filarów demokracji.

Są to aktywność obywateli, wspólna kultura, wolne wybory, silna klasę średnia i równość redystrybucji, konkurencyjna gospodarkę i wolność obywateli, a wreszcie zaufanie do władz. Za każdym razem robi to na masie ciekawych przykładów i zadając sobie, typowy dla „starych” mediów trud, dotarcia do ludzi, którzy budują nowy wspaniały świat.

Co ważne autor nie prześlizguje się po powierzchni zjawisk i nie ogranicza do klepanych jak mantry publicystycznych formułek. Poszerza też perspektywę o wiedzę zaczerpniętą z prac poważnych badaczy i filozofów.

I tak np. w rozdziale o wirtualnym nadzorze, porównanym do panoptykonu, wymyślonego przez osiemnastowiecznego filozofa Jeremy`ego Benthama, więzienia, które potrzebuje tylko jednego strażnika, pisze również o manipulacji możliwej dzięki temu, że portale społecznościowe zbierają o nas (za naszą oczywiście zgodą) potężne ilości danych i obrabiają je za pomocą algorytmów. Wszystko to razem sprawia, że „wiedzą o nas więcej niż my sami”.

Fakt, że program podeśle nam reklamę antyimigranckiego polityka, kiedy będziemy mieli sprzeczkę z cudzoziemcem, to pół biedy, pisze Bartlett, bo przecież można sobie wyobrazić sytuację, w której firma farmaceutyczna zechce wysyłać nam wiadomości obniżające naszą samoocenę, żeby sprzedać więcej antydepresantów.

W rozdziale o autonomicznych samochodach (sam przejechał się eksperymentalną ciężarówką) pisze nie tylko o ryzyku wypadków i przejęcia pracy przez maszyny, co spowoduje oczywiście osłabienie stanowiącej siłę demokracji klasy średniej. Zajmuje się również problemem moralnym związanym z maszynami za kierownicą.

Z powodu miliona śmierci spowodowanych przez kierowców w Stanach nikt przy zdrowych zmysłach nie zakaże przecież produkcji samochodów, ale gdyby podobne statystyki mieli elektroniczni kierowcy, nietrudno sobie wyobrazić mrożące krew w żyłach nagłówki i demonstracje przed rządowymi budynkami.

Bartlett zajmuje się oczywiście najbardziej politycznym z problemów związanym z nowymi technologiami, czyli wpływem algorytmów na wyniki wyborów na czele ze sprawą Cambridge Analityca i amerykańską elekcją prezydencką. Pokazuje mechanizmy i działania, które doprowadziły do wykorzystania mediów społecznościowych, by przechylić szalę zwycięstwa na stronę Donalda Trumpa.

Przy okazji po raz kolejny chwyta na gorącym uczynku ideologię kalifornijską, gdy pisze o tym, że pracownicy Facebooka i Google`a, „i to w dodatku, ci którzy popierali promowaną w kampanii opcję polityczną”, siedzieli „u boku ludzi z Cambridge Analityca” i pilnowali, „by za swoje pieniądze Trump uzyskał jak najlepsze rezultaty”.

Bartlett, jak każdy autor, który ma ambicje, by dać pełny obraz sprawy, stara się pisać również o pozytywach i szansach, stwarzanych przez cyfrowe technologie.

Mowa m. in. o usprawnieniu rządzenia za pomocą sztucznej inteligencji czy uszczelnianiu systemów bankowych dzięki państwowej kryptowalucie.

W finale książki Bartlett formułuje „20 sposobów na ocalenie demokracji”. To zadania zarówno dla jednostek, administracji rządowych, jak i wielkich firm, które mają powstrzymać negatywne i wzmocnić pozytywne efekty cyfrowej rewolucji.

Oczywiście ani Kasandra epoki cyfrowej, ani jej czytelnicy nie mają złudzeń, że uda się wprowadzić je wszystkie i od razu. Ale nawet garstka uważnych słuchaczy daje nadzieję, że mniej będzie chętnych do ciągnięcia drewnianego konia w obręb murów Ilionu.

“Ludzie przeciw technologii. Jak internet zabija demokrację (i jak możemy ją ocalić)”, Jamie Bartlett, Post Factum 2019, s. 232

Ludzie przeciw technologii. Jak Internet zabija demokrację, J. Bartlett - recenzja

O AUTORZE:

Jamie Bartlett – dziennikarz i publicysta, ma na koncie książki (m. in. poświęconą Darknetowi), pisze do “Spectatora” i “Telegraph”, współpracuje z BBC; jest szefem Centrum Badań nad Mediami Społecznościowymi w thin tanku Demos

PODAJ DALEJ! Facebooktwittergoogle_plusmail
POLUB NAS Facebooktwitter

Dodaj komentarz