“Fajrant”, Andrzej Muszyński, Wydawnictwo Literackie 2017 – recenzja

Fajrant, Muszyński - recenzja

Nie prześnić rewolucji

Kilka lat temu Andrzej Leder w swojej książce „Prześniona rewolucja” postawił tezę, że awans ze wsi do miasta, który stał się udziałem dużej części społeczeństwa w latach 1939-1956 nie pozostawił w naszej świadomości niemal żadnych śladów. Andrzej Muszyński śledzi losy innej wielkiej rewolucji – tej zapoczątkowanej zmianami ustrojowymi i wprowadzeniem wolnego rynku w 1989 roku i trwającej do dziś – dając zapis na tyle literacko wartościowy, że można mieć nadzieję iż przetrwa i nawet jeśli większość społeczeństwa znów zapomni o przemianie jak się w nim dokonała, powieść Muszyńskiego posłuży archeologom ludzkiej mentalności jako w miarę wierny obraz tego co działo się w Polsce na przełomie XX i XXI wieku.

Nowa książka Muszyńskiego to, w zasadzie udana, próba panoramicznego i syntetycznego ukazania nowego polskiego kapitalizmu, traktat o stosunku Polaków do pracy i parabola o utracie złudzeń, którą nazywamy dorośleniem, a wszystko to doprawione wybitnym – zawierającym w sobie element zarówno nostalgii, jak i literackiego egzorcyzmu – portretem małego miasta – punktu odniesienia dla losów głównych bohaterów.

To miejscowość gdzieś na granicy z Czechami, w okolicach Beskidów, zza których przezierają Tatry, miejsce gdzie widać jeszcze ślady dawnych ekonomicznych i klasowych układów – w rynku stoi Austeria, w której, chociaż nie ma tam Jankiela, odbywają się wszystkie ważne uroczystości, na obrzeżach straszy podniszczony dwór, w którym niegdyś rezydowali miejscowi arystokraci, a okoliczne wsie zamieszkują nieco z góry traktowani chłopi, żyjący wciąż z roli.

Rodzice głównego bohatera i narratora powieści – trzydziestokilkulatka po studiach humanistycznych – za komuny budowali pokornie socjalistyczną ojczyznę – matka, pierwsza kobieta w rodzinie, która pracowała na etacie, całe życie spędziła w spółdzielni mleczarskiej, ojciec został hutnikiem. Narrator, i dwójka jego przyjaciół, Benio i Maria, główni bohaterowie powieści, nie chcą takiego życia. Najpierw zdobywają kapitał na angielskich saksach, później rozpoczynają biznesową przygodę.

Pierwszy projekt – ambitny i trochę idealistyczny pomysł platformy internetowej, na której młodzi piłkarze mogliby prezentować swoje umiejętności, by mógł ich w ten sposób wypatrzyć (jak nie wypatrzył głównego bohatera) skaut potężnego klubu szybko zderza się z rzeczywistością i zostaje wymieniony na handel sprowadzanymi z Czech skarpetkami z nitkami srebra, potem przychodzi ryzyko i biznesowa katastrofa, która przyjaciół rozdziela.

Główny bohater rozpoczyna samotną odyseję – zostaje bezrobotnym włóczęgą na garnuszku rodziców, później budowlańcem, podczas gdy jego przyjaciele rozkręcają biznes, którego podstawą jest handel produkowanymi oczywiście w Chinach, sztucznymi małpimi ogonami, które można przyczepić do miejsca, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę i wprawić w ruch za pomocą posiadającego trzy tryby prędkości silniczka. W końcu znów się spotkają – tym razem rozkręcają biznes na bazie pracy birmańskich kobiet, które utraciły bliskich w cyklonie i zabijają rozpacz pleceniem bambusowych czapeczek. W finale zderzy się jeszcze spółdzielczość promowana przez dziewczynę narratora, potomkinię dawnych dziedziców z bezwzględnością wszystkożernego interesu Benia, który wyrasta w międzyczasie na guru młodych rekinków biznesu.

Epopeja bohaterów, których idealizm i naiwność zostaje wystawiona na próbę i przegrywa z rozmaitymi metodami samooszukiwania przywodzi na myśl oczywiście „Ziemię Obiecaną” Reymonta i tak jak poprzedniczka zawiera całą masę celnych portretów biznesmenów, a także niebanalną analizę mechanizmów działania kapitalistycznej gospodarki.

Drugi z wielkich patronów książki to Bruno Schulz (przemyślnie wspomniany w określeniu supermarketu, który jeden z bohaterów nazywa „sklepami cynamonowymi dla gigantów”) – jego wpływy widać w osuwającym się w mit, gęstym od trafionych metafor, portrecie sennego Miasteczka i życia jego mieszkańców – w zatrzymujących czas bachanaliach z okazji Euro, opisie wymierających rzemieślniczych warsztatów, świetnych żydowskich powidokach…

Trzeci z patronów to oczywiście Żeromski – motyw spółdzielczości, która ma ocalić lokalną społeczność przypomina wszystkie wielkie projekty z jego powieści – i podobnie jak one skazany jest na porażkę, a sama powaga w tonie i podejściu do tematu też przywołuje wielkiego realistę.

Autor odświeża oczywiście te motywy i narracje polskiej literatury we własny oryginalny sposób, w czym pomaga mu umiejętność syntetycznego chwytania rzeczywistości (tu np. określenie „pokolenie pochylonych głów” na ludzi ze wzrokiem utkwionym niustannie w smartfonach), językowa maestria i umiejętność unikania banału w tej sferze, wspaniałe oko do szczegółu i gestu, a także ucho do rozmaitych odmian polszczyzny.

Nie jest oczywiście „Fajrant” powieścią bez wad – „żeromszczyzna” bywa tu czasem szyta grubymi nićmi i drażniąca w swym braku ironii, niektóre rozwiązania fabularne (np. zakończenie) odrobinę się autorowi wymykają z rąk, a w wątku birmańskim, mimo wszystkich starań, bywa Muszyński czasem zbyt „reporterski” – czuje się, że niektóre akapity i dialogi nie przeszły literackiej przeróbki i odstają konwencją od reszty.

Mimo to powieść Muszyńskiego pozostaje osiągnięciem wybitnym i wprowadza go na stałe do pierwszej ligi polskiej prozy.

Fajrant, Muszyński - recenzja

Andrzej Muszyński – prozaik, reporter i podróżnik młodego pokolenia; ma na koncie książki reporterskie (ostatnio: „Cyklon”, 2015), zbiór opowiadań („Miedza”, 2013) i powieść („Podkrzywdzie”, 2015); ma na koncie m. in. nominacje do Paszportu „Polityki” i Gdyni (dwukrotnie)

PODAJ DALEJ! Facebooktwittermail
POLUB NAS Facebooktwitter