“My, marzyciele”, Imbolo Mbue, Sonia Draga 2016 – recenzja

fot. soham_pablo (CC 2.0)

Sen, który okazał się pułapką

Satyra na amerykańskie społeczeństwo ukazująca w krzywym zwierciadle słynny mit od pucybuta do milionera.

Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku tuż przed wybuchem ostatniego kryzysu na rynkach finansowych. Jende i Neni, młode małżeństwo z Kamerunu, jak każdy nowo przybyły do Ameryki, mają swoje marzenia, które na początku są dość przyziemne.

Chcą mieć pracę, dom i oszczędności, pozwalające zapewnić dobrą przyszłości dzieciom. Tymczasem wisi nad nimi miecz Damoklesa w postaci deportacji. Obydwoje starają się o zieloną kartę umożliwiającą stały pobyt i podjęcie legalnego zatrudnienia. Zdają sobie jednak sprawę, że procedury nie są proste i potrafią się ciągnąć latami.

Szczęście uśmiecha się najpierw do Jendego.

Dzięki pomocy przyjaciela dostaje posadę szofera u Clarka Edwardsa, jednego z dyrektorów potężnej korporacji z Wall Street; pracodawca jest szczodry i niespecjalnie dociekliwy.

Wkrótce do męża dołącza Neni, która zostaje pomocą domową i opiekunką dziecka w domu państwa Edwardsów. Czwórka głównych bohaterów spędza ze sobą coraz więcej czasu i, siłą rzeczy, pomimo dzielącej ich przepaści społecznej, zaczynają się ze sobą zżywać, bogacze stają się wylewni i czasami zapominają o dodatkowych parach oczu i uszu które widzą i słyszą wszystko co się dzieje w ich domu.

Jende i jego żona zaczynają powoli dostrzegać, że zbytek w jakim żyją pracodawcy nie uszczęśliwia ich, ale jest raczej powodem rosnącej frustracji. Nie rozumieją tego, ale na wszelki wypadek postanawiają trzymać rękę na pulsie.

Krytyczny moment nadchodzi kiedy Clark Edwards traci intratną posadę na Wall Street. Relacje między czwórką bohaterów psują się, ale, paradoksalnie, sytuacja pokazuje też, jak bardzo są od siebie zależni. Prowadzi to do wielu dramatycznych zwrotów, a w końcu sytuacja zupełnie wymyka się wszystkim spod kontroli.

Amerykański sen jakim żyli Jende i jego żona zamienia się w koszmar. Coraz częściej się kłócą i sami nie wiedząc kiedy, z marzycieli zamieniają się w groszorobów gotowych posunąć się daleko, by zaspokoić rosnące ambicje i wkroczyć do świata, którego istnienia nawet nie przeczuwali – i nie chodzi tu tylko o kwestie materialne, ale również te dotyczące wolności politycznych.

Bo status społeczny, jak przekonują się państwo Jende, zależy nie tylko od zasobności portfela, ale również od otoczenia w jakim się żyje. Kiedy w trakcie kłótni żona mówi do Jendego „bo co mi zrobisz?”, Kameruńczyk widzi, że zmieniło się więcej niż myślał. Sam jednak również dojrzewa do tego, by zdobyć się na odwagę i przyznać, że dosyć ma powtarzania: „tak proszę pana”. Chce wreszcie usłyszeć: „tak, panie Jende”.

Zakończona happy endem opowieść o mrocznych stronach zachodniego dobrobytu, pułapkach przesadnych ambicji i poszukiwaniu sensu życia została bardzo dobrze skonstruowana pod względem fabularnym, cieszy udanymi językowymi stylizacjami, a połączenie empatii i autodystansu autorki sprawia, że jej pogubieni bohaterowie budzą jednocześnie współczucie i uśmiech bez uszczerbku dla ich godności.

 

O AUTORCE: kameruńska autorki od dziesięciu lat mieszkającej w USA; „My marzyciele” to jej debiut literacki

PODAJ DALEJ! Facebooktwittermail
POLUB NAS Facebooktwitter