tomine śmiech i śmierć komiks miasto samotność recenzja

ZAGUBIENI W PUSTYCH MIASTACH / “Śmiech i smierć”

„Śmiech i śmierć” Adriana Tomine to kolejny na polskim rynku tom twórcy autorskiego komiksu zza oceanu. Oprócz kilku albumów ma on też na koncie współpracę z prasą, m. in. z „New Yorkerem”. Zawierający sześć nowel album jest wybitnym przykładem komiksu obyczajowego i psychologicznego.

Mimo rysunkowych uproszczeń, świat tworzony przez autora jest boleśnie realistyczny, pełen zadr i chropowatości. Aż kipi w nim od emocji skrywanych „pod pokrywką” i pozornie sterylną grafiką.

tomine śmiech i śmierć komiks miasto samotność recenzja

O ile w warstwie graficznej Tomine jest spadkobiercą Herge`a, a jeszcze bardziej Daniela Clowesa, do którego otwarcie się przyznaje, o tyle w scenariuszach kłania się Czechow.

Bohaterowie nowel zebranych w komiksie „Śmiech i śmierć” bowiem to ludzie przeciętni, przeżywający swoje mniejsze i większe dramaty w miejskiej przestrzeni.

Pozwala się ona zgubić, ale powoduje również, że nikt (no prawie nikt) nie usłyszy ewentualnego wołania o pomoc. Melancholijną obcość miasta rewelacyjnie oddał Tomine chociażby na okładce i w noweli „Przekład z japońskiego”.

Amerykanin to rewelacyjny psycholog. Widać to, w najlepszym chyba w tomie, tytułowym opowiadaniu. Mamy tu do czynienia z kameralnym dramatem, rozgrywającym się między trójką bohaterów. Ojcem, matką i ich nastoletnią, szukającą miejsca w życiu, córką, która postanawia zostać komikiem, mimo że nie ma do tego predyspozycji.

Ojciec jest realistą, który woli mówić prawdę i ranić. Matka wspiera latorośl z entuzjazmem. Potencjalny konflikt zostaje wyzyskany, aby zbudować psychodramę z pewnym ważnym zwrotem fabularnym, który zmusi bohaterów do odsłonięcia się. Będą musieli znaleźć wyjście z wygodnych okopów dotychczasowych przekonań.

tomine śmiech i śmierć komiks miasto samotność recenzja

Autor potrafi też z finezją wykorzystać obrazkowe medium jako osobną warstwę znaczeń. Najdobitniej widać to we wspomnianym już „Przekładzie z japońskiego”. List matki-japonki do dziecka, które zostało z ojcem w Stanach, został zilustrowany wyludnionymi pejzażami miejskiej Ameryki. Tomine świetnie, i poza słowem, chwyta tu uczucie obcości, towarzyszące człowiekowi, który nie zna języka.

Dwa teksty wykorzystują z inwencją model opowieści niesamowitej (trochę lynchowski). Tak jest w „Amber Sweet” o dziewczynie, która popada w paranoję, że ma paranoję, bo wielu ludzi dziwnie się jej przygląda, co ma oczywiście drugie dno.

Inny przykład to „Intruzi”. Mężczyzna porzucony przez kobietę przypadkowo odzyskuje klucze do ich dawnego mieszkania, teraz wynajętego przez kogoś innego. Zakrada się do niego w czasie nieobecności lokatora, by prowadzić tam normalne życie.

Aby dopełnić obrazu trzeba wspomnieć o dwóch nowelach, które dopełniają całości tomu. Są to: „Do boju, sowy!”, historią pewnej dysfunkcyjnej pary kibiców klubu baseballowego oraz „Krótka historia sztuki zwanej rzeźbiarstwem ogrodowym”. W tej ostatniej adept tytułowej umiejętności musi wybierać między szczęściem i ambicją.

W warstwie rysunkowej “Śmiech i śmierć” to popis komiksowej „czystej linii” w rozmaitych postaciach i wariantach kolorystycznych. Od pełnej palety, po monochromy i czerń i biel.

Tomine jest mistrzem konceptu i pointy, która podkrada się do czytelnika i chwyta za gardło. A jego pełne autentyzmu ballady o niedoskonałych, zagubionych mieszkańcach pustych miast poruszają także dlatego, że są tak naprawdę opowieścią o każdym z nas.

tomine śmiech i śmierć komiks miasto samotność recenzja

Adrian Tomine, “Śmiech i śmierć”, Kultura Gniewu 2020, s. 224

WARTO ZAJRZEĆ: STRONA AUTORA, “WILSON” DANIELA CLOWESA

Dodaj komentarz